Polski biznes za granicą – wsparcie państwa

wnp.pl (Piotr Apanowicz)
Fot. PTWP (Piotr Waniorek)

Państwo może pomóc przedsiębiorcom w otwieraniu za granicą pewnych drzwi, ale to przydaje się jedynie w stawianiu pierwszych kroków. Przedsiębiorcy już obecni na zagranicznych rynkach najchętniej widzieliby twarde wsparcie finansowe, najlepiej w postaci ulg podatkowych, a o takim polskie firmy na razie mogą jedynie pomarzyć.

W ciągu ostatniej dekady polski eksport zwiększył się ponad trzykrotnie, z 47,5 mld euro w 2003 roku do 153 mld euro w roku 2013. Z tego trzy czwarte trafia do krajów Unii Europejskiej, a aż 88 proc. do Europy. To się wprawdzie zmienia, ale bardzo powoli. Faktem jest natomiast, że państwo coraz aktywniej angażuje się we wspieranie biznesu, szczególnie poza Europą.

GALERIA (10 zdjęć)



- W ostatnich latach wyraźnie widoczna jest "ekonomizacja" polskich służb zagranicznych, głównie poza Europą, bo kraje UE nasi przedsiębiorcy mają świetnie rozpoznane - powiedział Michał Kołodziejski, wicedyrektor Departamentu Współpracy Ekonomicznej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w trakcie sesji "Polski biznes za granicą - wsparcie państwa", zorganizowanej w ramach VI Europejskiego Kongresu Ekonomicznego.



Według niego jeszcze kilka lat temu, polscy przedsiębiorcy chcący spróbować swoich sił za granicą, słyszeli, że najpierw powinni spróbować w UE. Teraz to podejście się zmieniło. - Rządowe wsparcie szczególnie istotne jest w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej - ocenia Michał Kołodziejski.



- Tam relacje polityczne i gospodarcze się wzajemnie uzupełniają i wspierają - potwierdza Jacek Jankowski, ambasador Polski w Etiopii. - Dla przykładu w Afryce niezwykle istotne jest pierwsze wrażenie, a duże znaczenie ma kontakt osobisty. W tym kontekście obecność polskiego dyplomaty na spotkaniu przedstawiciela polskiej firmy z urzędnikiem lokalnego rządu uwierzytelnia firmę w oczach afrykańskich partnerów.



Ambasador zastrzegł jednak, że polskie firmy, chcące wejść na egzotyczne rynki, również mogłyby być lepiej przygotowane, bo często nie wiedzą zupełnie czego się spodziewać, albo wysyłają te same zapytania do wielu przedstawicielstw dyplomatycznych w zupełnie różnych krajach.



Przedstawiciele polskich firm, obecni na sesji, zgadzali się, że widać pozytywną zmianę w podejściu polskiej dyplomacji do biznesu, ale część z nich zwracała uwagę, że wsparcie państwa dla przedsiębiorców nie powinno się ograniczać do dobrych kontaktów w ambasadach i konsulatach.



- Rzeczywiście widać wyraźną zmianę, wcześniej kontakt w polskich ambasadach był utrudniony, teraz jest pod tym względem znacznie lepiej. Czy to jednak wystarczy? To co było dobre 2-3 lata temu, dzisiaj już nie wystarcza. Dziś oczekujemy precyzyjniejszych informacji na temat danego rynku - powiedział Bogdan Fiszer, prezes spółki Conbelts Bytom.



Jego zdaniem brakuje jasnego i spójnego wewnętrznie modelu zarządzania rządowym wsparciem eksportu. - Istnieje wiele równoległych programów, natomiast brakuje wspólnego mianownika, który pozwoliłby odnaleźć się tym co zaczynają działalność za granicą oraz wejść na wyższy poziom tym, którzy już tam funkcjonują - stwierdził. - Może powinniśmy pomyśleć o powołaniu Ministerstwa Eksportu - zasugerował.



Wiesław Żyznowski, prezes spółki Mercator Medical, producenta rękawic ochronnych, wyjaśniał, że najprostszą formą ekspansji jest eksport, trudniejsze jest wyeksportowanie swojego biznesu w postaci zagranicznego biura sprzedaży lub centrum logistycznego, ale zdecydowanie najtrudniejsze jest uruchomienie za granicą produkcji i prowadzenie stamtąd eksportu na cały świat. Mercator Medical produkuje rękawice w Tajlandii i eksportuje je m.in. do Europy, będąc liderem tego rynku w regionie Europy Wschodniej.



- Pomoc państwa dotyczy zazwyczaj pierwszych kroków pierwszego etapu tej ekspansji, co w przypadku firm zaawansowanych w działalności zagranicznej jest dalece niewystarczające - uważa. Według niego pomoc, jaką może zaoferować polska dyplomacja, ma charakter miękki, kurtuazyjno-polityczny, ułatwiający pierwsze wejście na dany rynek. - Jeśli ktoś już prężnie działa za granicą, pożytek może mu przynieść wyłącznie twarde wsparcie finansowe, uzależnione od Ministerstwa Finansów, w postaci preferencji podatkowych lub innych instrumentów finansowych, określonych przez resort finansów - podkreślił Wiesław Żyznowski.



Przyznał, że nastawienie polskich konsulatów i ambasad ostatnio bardzo się zmieniło na plus, ale ocenił, że to co mogą one zrobić dla przedsiębiorców to nawet nie 1 proc. łącznego zakresu komplikacji, jakie napotyka firma chcąca realizować produkcję przemysłową za granicą.



Michał Kołodziejski odpowiadał, że dyplomacja może otwierać przedsiębiorcom za granicą pewne drzwi, ale nie może robić biznesu za biznes, więc trudno jej z tego tytułu czynić zarzut.



Piotr Wroński, dyrektor handlowy w firmie Medcom, produkującej zaawansowane urządzenia elektroniczne dla taboru kolejowego, przedstawił natomiast szereg postulatów, których spełnienie jego zdaniem leży w gestii polskich służb dyplomatycznych bądź instytucji zajmujących się wspieraniem eksportu, a co znacząco pomogłoby takim firmom jak Medcom, która jedną trzecią swojej produkcji kieruje na eksport, przy czym jej najważniejszym rynkiem jest Brazylia.



- Choćby kwestia wiz dla naszych klientów - mówi. - Kiedy jedziemy do Chin, zwykle czekamy na wizę ok. 10 dni. Natomiast kiedy nasi chińscy partnerzy mają przyjechać do Polski, oczekiwanie na wizę może się przedłużyć nawet do trzech tygodni. Spotykaliśmy się też z negatywnymi reakcjami urzędników na nasze próby przyspieszenia tego terminu.



Według niego nie od rzeczy byłyby wspólne spotkania u zagranicznego klienta z przedstawicielem konsulatu czy ambasady. - Małe firmy mają też najczęściej ograniczone budżety na analizy dotyczące odległych, egzotycznych rynków. Ostatnio wpadło nam w ręce opracowanie na temat Brazylii, zrealizowane przez szwajcarski MSZ, klasy najwyżej opłacanych firm konsultingowych. Gdyby coś podobnego było w stanie przygotować także nasze ministerstwo, z pewnością pomogłoby to nam uniknąć wielu problemów - przekonywał Piotr Wroński.



Dyrektor handlowy Medcomu pytał również, dlaczego Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE) wbrew swojej nazwie ubezpiecza głównie kredyty kupieckie w Polsce. - Działanie takiej instytucji jak KUKE na zasadach w 100 proc. rynkowych chyba mija się z celem, bo instytucje wspierające eksport z innych krajów oferują swoim przedsiębiorcom zdecydowanie preferencyjne warunki - powiedział. - Skoro mówimy o wspieraniu eksportu, wspierajmy go, a nie działajmy na zasadach stricte komercyjnych.



Piotr Kuszewski, dyrektor departamentu inwestycji kapitałowych w Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), będącego jednym z głównych udziałowców KUKE, bronił się, że często polscy przedsiębiorcy oczekują, że KUKE czy BGK wezmą na siebie całe ryzyko zagranicznej transakcji, zwalniając z niego samą firmę, co jego zdaniem nie jest możliwe. - Pamiętajmy również, że choć mówi się, że BGK się ostatnio znacząco "rozrósł", to niemiecki bank wspierający eksport jest nadal jakieś czterdzieści razy większy, a przecież niemiecka gospodarka nie jest czterdziestokrotnie większa od polskiej, trudno zatem się dziwić, że ów bank ma większe możliwości - powiedział.



Z kolei Maciej Kulesza, dyrektor handlowy firmy ATM, działającej w branży nowoczesnych technologii, skarżył się na wciąż obecny stereotyp Polski jako kraju zacofanego i nie w pełni bezpiecznego. - Administracja powinna wspierać wizję Polski jako kraju bezpiecznego i stabilnego. Firma przenosząca swoje zasoby IT do innego kraju, a tym się m.in. zajmuje nasza spółka, chce je przenieść do kraju bezpiecznego. Wizerunek naszego kraju w oczach przedstawicieli zagranicznych firm niestety odbiega od tego modelu - powiedział.



Maciej Kołodziejski zapewniał, że promocja Polski jako kraju zaawansowanego technologicznie to obecnie jedno z najważniejszych działań naszej dyplomacji. - Zdajemy sobie sprawę, że wizerunek kraju przekłada się na postrzeganie naszych firm w oczach zagranicznych kontrahentów. Zmiana w tym zakresie dokonuje się jednak powoli i niewiele jest możliwości drastycznego przyspieszenia tego procesu - przyznał.



Wiesław Żyznowski zaapelował również o pomoc polskiej dyplomacji w walce z protekcjonizmem biznesowym powszechnym w wielu krajach europejskich, szczególnie w Niemczech i Francji. - W krajach UE obowiązują takie same regulacje jeśli chodzi o zasady przetargów organizowanych przez podmioty publiczne.



O ile jednak w Polsce zachodni producenci są wręcz psychologicznie preferowani przez jednostki administracji, organizujące przetargi na produkty medyczne, o tyle w Niemczech czy Francji polska firma nie ma najmniejszych szans na wygranie takiego przetargu, bo gdzieś w szczegółach ukryte są subiektywne preferencje niemieckich czy francuskich lekarzy i pielęgniarek, dotyczące krajowego pochodzenia używanych produktów - mówił. - Widzę tu dwa możliwe rozwiązania: albo walczyć z tym protekcjonizmem w innych krajach, albo zachęcać polską administrację, aby postępowała tak samo na krajowym rynku, bo dzisiaj tego rodzaju gospodarczy patriotyzm przebija się do świadomości polskiej administracji z wielkim trudem.

> POWRÓT DO KATALOGU

  • Specjalizujemy się w tworzeniu zintegrowanych rozwiązań w obszarze komunikacji biznesowej.